Uwielbiam, kiedy znajomi mówią nieświadomie: git, bo coś ustalili; siksa – o młodej dziewczynie czy bachor – na dziecko.
Gdzieś krążą u nas jidyszyzmy, hebraizmy. Nieświadome. Spolszczone. Oswojone tygrysy. Chyba lepiej, tygryski. Takie drobiazgi na poprawienie mojego humoru.
Słowo git ostatnio robi karierę. Zaczynało się skromnie, na studiach.. potem w pracy, jednej, drugiej…a teraz pani w sklepie… Przemykało niepostrzeżenie, wgryzając się w polskie paszcze, by dumnie wejść na salony.

GIT jest wszędzie, no i גוט.
Choć standardowo powinno być gut, to jednak w wymowie dialektalnej będzie git. Ba! Obrodziło nam nawet w przysłówek gites! Pełne szaleństwo.

Git służyło też tym, którzy przestrzegali bajery. Git -ludziom. Tym z cynkwajsem, tym którzy grypsują. Weszło nam do polszczyzny bokiem. Nie frontowymi drzwiami. Od dołu, od nizin.
Byli też bumelanci, czyli inaczej gitowcy. Kim byli? Posłuchajmy, co mówi warszawska Praga.

Kochani proszę o jedno. Ten wyraz jest nieodmienny. Uszanujmy jego nieodmienność.

Ciekawostka?
Git w języku wilamowskim oznacza dobroć. Niepokoi mnie tylko angielskie znaczenie. No, ale tego szukajcie sami.