To był Stasio albo Józio. Przykuł moją uwagę tradycyjnym imieniem, ot takie polonistyczne zboczenie. Zatem niech mu będzie Józio. Józio sobie nie hasał. On przebywał na placu zabaw. Z godnością niejednego osiemdziesięciolatka spoglądał na tę całą hałastrę dość krzykliwych i wojujących maluchów. Z równą godnością na placu zabaw przebywała Dama Mama. Jego mama. Z córką na rękach.

Nie wiem, co wyczynia przeciętne dziecko na placu zabaw, ale mogę Wam powiedzieć, czego Józiowi nie było wolno.
Otóż on się nie powinien ubrudzić. No masz babo placek! Akurat brudny piasek w piaskownicy, a huśtawka przemyta wyłącznie deszczem. PIERWSZY raz w życiu widziałam kobietę ze spryskiwaczem z jakimś roztworem i tetrową pieluchą. Pani odkażała. (Dopytałam. Dziecko zdrowe, ale ZD można się zarazić, ale o tym publicznie nie mówią). Czysty bachorek miał również się nie bawić z niektórymi dziećmi. Wszak nie każdy przystaje do tej klasy, którą reprezentuje sobą józiowa rodzina. Nie wolno mu również było bawić się cudzymi zabawkami, bo dzieci je na pewno ślinią. Oczyma wyobraźni zobaczyłam stada buldogów ze śliną wyciekająca z pysków oblizujące wiaderka i łopatki. Rozumiem. Nie bawiłabym się. Zabawkami też generalnie nie wolno się bawić, bo są czyjeś.  Józio został na stronie teatralnym  szeptem pouczony, że swoich ma nie pożyczać, bo są drogie i innym dzieciom będzie przykro, jak zobaczą, że ich rodziców nie stać.

I tak siedziała ta wyprasowana i pachnąca józiowa mama z tym małym chłopcem, w którego oczach tliła się jeszcze chęć zabawy z innymi. Zwykła potrzeba socjalizacji, pokłócenia się o łopatkę czy wiaderko.

No wielkie mi mecyje!

Dobijające. Te dzieciaki nie potrafią się bawić. Nie mają radochy z placu zabaw. Mają zadania do wykonania i reprezentacje. Cała historia przypomniała mi się dziś w przedszkolu.
Pędzę odebrać mojego trzylatka i już w bramce słyszę, że był wypadek. Spoglądam na moje pachole. Wygląda w miarę normalnie, jak typowy, zdrowy trzylatek. Ma posiniaczone piszczele, bo uczymy się jeździć na rowerze i on wie lepiej jak pedałować; obtarte kolana, bo chodnik wcale nie jest nierówny, ale hulajnoga da radę oraz obtarte łokcie, kiedy grawitacja postanowiła Tymka jednak zaskoczyć. Dwie ręce, dwie nogi, spory łeb i blond czupryna. Jest.

A jednak chodzi o mojego słodziaka! Pani zamiast dojść do sedna wije się jak wąż po temacie i za Chiny Ludowe dojść nie mogę, co się wydarzyło. Staram się uprościć. Tymek był na zjeżdżalni. Nie chciał zjechać, dzieci go zepchnęły. Spadł. Strat nie ma. Są siniaki.

Dziecko się obiło. Ze spokojem stwierdzam, że nic się nie stało, tak to bywa w zabawie. Zerknę, jak to wygląda, za chwilę. Mina Pani była bezcenna. Powinnam chyba wyskoczyć ze świetlnym mieczem i zapytać, które to dzieci i gdzie są ich rodzice, bo zamierzam pomścić ten napad. Lub rozpocząć powolne duszenie wzrokiem wychowawczyni. W każdym razie nie wykazałam się agresją, ani nie wyciągnęłam pejcza do tresury tygrysów i miła wychowawczyni powtórzyła mi raz jeszcze, co się wydarzyło. Chyba spodziewała się, że w szoku nie przyjmuję danych.

Dorośli się popsuli

Nie kumam, kiedy się to wydarzyło, że dzieci nie mogą być dziećmi? Brudnymi. Posiniaczonymi, Zadrapanymi od krzaków, bo je tam coś zaprowadziło… Potem stoją takie odludki na placu zabaw, za nic nie wiedzą jak kogoś poznać, a już na pewno nie wiedzą w co się bawić i jak. Serio, są pralki. Ubrania też. Nie trzeba CK do piaskownicy…damy radę!

Apeluję: Dajcie się dzieciom wyhasać, wykrzyczeć, wybiegać. Dajcie im być sobą.